27 maja 2012

Naleśnik a la Michelin

Czy tylko ja nie wiedziałam, że dziś będą zielone świątki co mi uniemożliwi zamówienie czegokolwiek sensownego z restauracji? I zmusi do rzeczy, które są poza moją comfort zone, tzn do przeglądania przepisów, zmywania i stania przy garach.
Tego pięknego wieczoru wzięłam na warsztat naleśniki. Naleśnik  jest to rzecz podstępna, cwana i przebiegła. Moje nie dość, że grube, to wyszły iście michelinowskie, konsystencją przypominają pięciogwiazdkowe opony. Nie jest wykluczone, że właśnie wynalazłam nową materię, która może zrewolucjonizować polską gospodarkę.
Trzeba było założyć nerdy, conversy i zabrać swój appel na pl. Zbawiciela, tam na pewno zrobiliby je lepiej. A jeśli nie przynajmniej pokąpałabym się w blichtrze ludzi eleganckich. Którzy sami gotować nie muszą.